the story about:
osobista siatka wsparcia i kultura indywidualizmu
Rozmawiałam ostatnio z moim terapeutą na temat panującej kultury „JA, MOJE ŻYCIE, MOJE GRANICE” i o tym, jak bardzo chroniąc siebie i dbając o swoją przestrzeń, odsuwamy się od innych ludzi. Jak czasem „dbanie o naszą energię” i własny ogródek, przysłania nam to, co bywa niezbędne w prawdziwej relacji z drugim człowiekiem – bycie wtedy, kiedy się nie chce, robienie rzeczy ponad siebie, chodzenie na kompromisy i obecność, również wtedy, kiedy się nie ma na to czasu, ochoty, ani energii. A już zwłaszcza wtedy, gdy nam na tej relacji zależy.
Takie to jest to życie, że czasem musisz zrobić coś ponad to, co jest wygodne oraz dobre dla ciebie. Tego wymaga sytuacja, tego wymaga relacja, tego wymaga zwyczajne bycie z drugim człowiekiem. Mam momentami wrażenie, że łatwo się o tym zapomina, a potem równie łatwo dziwi, że ogarnia nas SAMOTNOŚĆ, o której tyle się dzisiaj mówi. I to nie tylko samotność w sensie pojedynczej jednostki – człowieka, ale również systemów będących częścią większej całości. Gdy przyjrzymy się temu bliżej, w czasach indywidualizmu i dbania przede wszystkim o własne potrzeby, ta samotność bynajmniej znikąd się nie bierze i może mieć całkiem logiczne wytłumaczenie.
Myślę sobie że, taki czas indywidualnego skupienia się na sobie, nauczenia się stawiania granic i czasem robienia tego wszystkiego, co ma służyć przede wszystkim własnej osobie, może być potrzebny, żeby siebie samego pojąć i zobaczyć. Aby nauczyć się dbać o siebie i samemu sobie ze sobą radzić.
Ale również po to, aby zrozumieć, że to nie w indywidualizmie tkwi nasza siła, i aby w rezultacie, stać się ZDROWĄ częścią, zarówno społeczeństwa, jak i poszczególnych RELACJI.
Bo prawda jest taka, że prędzej czy później, i tak trzeba będzie wyjść do ludzi, i tego akurat, w żaden sposób uniknąć się nie da. Nie jesteśmy na tym świecie sami i jakbyśmy nie byli indywidualni oraz niezależni, w pojedynkę jako jednostki (człowiek, rodzina, ekosystem) nie jesteśmy samowystarczalni. Nie mówiąc już o tym, że nie jest to nasza ludzka natura – my najzwyczajniej na świecie potrzebujemy innych ludzi. Koszty natomiast, które ponosimy stawiając na indywidualizm, momentami przewyższać mogą nasze zyski, co szczególnie widoczne jest, gdy spojrzymy na to w długoterminowej perspektywie. Obserwuję to na co dzień w biznesie, prowadząc zespoły w zakresie współpracy, ale również u siebie, w swoim codziennym życiu.
Najłatwiej niestety jest się o tym przekonać, kiedy znajdujemy się w sytuacji trudnej, kiedy to my potrzebujemy wsparcia i nasz grunt się nam wali pod nogami. Wtedy fakt, że ktoś poświęca swój czas bez względu na swoje plany, daje swoją obecność i robi krok w naszym kierunku, niejednokrotnie potrafi uratować nam życie i wyciąga nas z czarnej otchłani.
Kiedy spadamy w dół na łeb i na szyję, nie zastanawiamy się za dużo, a jedynie czujemy wdzięczność, za to, że jest ktoś obok, kto nas łapie, bo zwyczajnie widzi, że jest taka potrzeba. Dopiero później, choć też wcale nie zawsze, przychodzi refleksja – ile razy ja nie dałam, choć tak naprawdę mogłam? Mi osobiście, bardzo mocno to daje do myślenia.
Problem być może polega na tym, że jako ludzie lubimy popadać w skrajności. Albo ja, ja, ja i tylko to, co moje, albo rzucamy się z pomocą na złamanie karku, chociażby jak w przypadku rozpoczęcia wojny w Ukrainie. I tak sobie myślę o tym mechanizmie i tej niechęci, którą dziś słychać na ulicach – jak się temu dziwić? Skoro w pierwszej kolejności przekraczamy siebie w pomaganiu innym, potem naturalnie nastąpić może odwrót w kompletnie przeciwnym kierunku. I często ten odwrót wymierzony jest zupełnie nie tam, gdzie potrzeba, z braku balansu oraz równowagi od samego początku. Dokładnie tak samo może to dziać się w pracy, w życiu, z dalszymi oraz bliższymi nam ludźmi.
Prowadziłam ostatnio szkolenie dla firmy IT, mające na celu nauczyć uczestników jak dbać o interesy własnego zespołu oraz asertywnie odmawiać nadmiarowi „wrzutek”. Mieliśmy długą dyskusję o największej trudności w tym całym procesie, a mianowicie o tym, gdzie jest ta granica, pomiędzy przekroczeniem siebie, a zwyczajną pomocą w relacji z drugim człowiekiem.
Często bowiem, to nie odmowa sprawia nam najwięcej kłopotu, ale decyzja o tym, co tak naprawdę powinniśmy zrobić. I tu pojawia się dysonans, konflikt wewnętrzny, pomiędzy tym, co chcę, czego potrzebuję, a czego wymaga ode mnie sytuacja.
Konkluzja, do której doszliśmy, jest jedną z cyklu moich ulubionych – nie ma bowiem jednej, zawsze dobrej odpowiedzi, i najlepsza jaka jest, brzmi: TO ZALEŻY. Każdy musi ją podjąć samodzielnie, mając na uwadze własne sumienie, zewnętrzną presję, poczucie powinności oraz wszystkie inne istniejące zmienne.
Jest takie powiedzenie, że dostajesz to, co dajesz i dziś myślę sobie, że ma ono w sobie bardzo wiele prawdy. Z tą małą gwiazdką na jego końcu, że nie zawsze dotyczy to tych samych osób w ostatecznym rozrachunku.
Nie każdy potrafi oddać to, co dostaje i to też jest w porządku. Nie każdy może dać w tej, konkretnej sytuacji, albo może nie zrobić tego tak, jak druga strona potrzebuje. Każdy jest i wspiera tak, jak potrafi, w tym również nie robiąc tego wcale. Może to też jest o tym, że gdy sami nie potrafimy o wsparcie prosić, tym samym sami nie potrafimy tego wsparcia dawać? Nie wiem, zastanawiam się nad tym. Bez względu na wszystko, wniosek do którego dochodzę jest o tym, że bycie dla kogoś to nie jest modny w dzisiejszym świecie BARTER. Niby oczywiste, a jednak nie zawsze. To, co dajemy i wypuszczamy na zewnątrz, wraca do nas, czasem w zupełnie innej postaci, również w osobach, których nigdy w życiu nie widzieliśmy na oczy. I o tym jest dla mnie bezinteresowne działanie, które w dzisiejszym świecie interesów własnych również mam wrażenie straciło na wadze. A chodzi wszak o to, aby dawać, bez względu na to, co się w zamian dostaje, i z własnego doświadczenia przyznaję – momentami wcale nie jest to łatwe zadanie. A już szczególnie, gdy zewsząd słychać postulaty, że to ty jesteś najważniejszą osobą na świecie.
Jest też jeszcze inne powiedzenie, do którego chciałabym tu nawiązać. Mówi się bowiem, że dobre lub złe sytuacje weryfikują ludzi. A ja myślę sobie, że to ani złe ani dobre. Są po prostu sytuacje i zdarzenia, są cykle i etapy, i w jednych sprawdzamy się lepiej, w innych trochę gorzej, co nie oznacza, że nie sprawdzamy się wcale.
To, co zazwyczaj bardziej tę sytuację komplikuje, to nic innego jak BRAK ROZMOWY o tym, co jest, czego potrzebuję i o tym, co w danej chwili mogę. A co się z tym wiąże, brak umiejętności przyjęcia informacji zwrotnej bez defensywnej postawy.
O tym też dużo rozmawialiśmy na szkoleniu ostatnio. Jak budować komunikat, żeby ktoś nas naprawdę usłyszał zamiast się bronić? Jak prosić o wsparcie, i nie bać się, że zostanie się odrzuconym, tudzież osądzonym? Tutaj też nie ma jednej dobrej odpowiedzi, i tego typu sytuacje, niejednokrotnie wymagają od nas dużej dozy akceptacji, że nie każdy będzie z nami na każdym etapie ani w każdej sytuacji, oraz tym bardziej, że nie każdy zostanie z nami na zawsze.
Jeszcze niedawno walczyłam z cyklicznością ludzi w moim życiu. Dzisiaj, chociaż dalej jest to trudne, dużo lepiej to rozumiem i już się tak nie buntuję. A przynajmniej próbuję, ufając przy tym, że zawsze znajdą się ludzie, którzy na danym etapie będą wiedzieć, jak być obok najlepiej. I na to, że tak się właśnie dzieje, mam swoje dowody oraz żywe przykłady, za które najbardziej na świecie DZIĘKUJĘ. Bez nich, jest więcej niż pewne, że dzisiaj, pogrążyłabym się w czarnej otchłani.
Każde pytanie o to, jak się mam i o to, czy zjadłam śniadanie. Nieskończone, i w kółko te same rozmowy, o tym, co najtrudniejsze i najmniej przyjemne, również do słuchania. Wszystkie historie odwracające uwagę. Pomoc w codziennej pracy, spotkania i spontaniczne wycieczki na tatara czy do komory barycznej. Kwiaty o nazwie wszystko będzie dobrze, każda wiadomość „jestem”, i każdy odebrany telefon z chęcią natychmiastowej pomocy. Każde – znam kogoś, kto zna kogoś, kto może pomóc. Rozmowy z tymi, którzy nigdy nie widzieli mnie na oczy, ale proponują spotkanie, bo mieli podobne doświadczenia. Wszystko to dzisiaj, jest na wagę złota. Jestem wzruszona, poruszona i jeszcze bardziej niż wdzięczna.
Czasem naprawdę nie potrzeba dużo. Czasem mały prosty gest wystarczy, by dać drugiemu człowiekowi swoją obecność.
Tak się tworzy osobista siatka wsparcia, o której często nie masz nawet pojęcia. I będąc w samym jej środku, w ogóle nie czujesz, że jesteś SAMOTNY. Jednak być może, aby tam dotrzeć, trzeba poczuć się samotnym na swojej indywidualnej drodze, żeby na samym końcu zrozumieć, że to w naszej ludzkiej naturze leży bycie z innymi ludźmi, i dawanie od siebie więcej niż się w danej chwili potrafi, potrzebuje oraz może.
// the stories of moi
